Mieliśmy z Iwoną po 21 lat kiedy 14 lipca 1984 roku wzięliśmy ślub. Obawialiśmy się, że wezmą mnie do wojska ale nie myśleliśmy, że stanie się to tak szybko...
          Na początku sierpnia, a więc w dwa tygodnie po ślubie, dostałem wezwanie do WKU a tam bilet do Szkoły Podoficerskiej Wojsk Chemicznych w Biskupcu. Pozostało nam niecałe trzy miesiące a w perspektywie dwa lata rozłąki.

W drodze do Biskupca

          Nie jadę sam. Już w WKU w Łomży umówiłem się z kolegami, że spotykamy się na dworcu kolejowym w Piszu. Jest nas czterech a po drodze dołącza jeszcze jeden. Jest to Grzesiek Fabiszewski, mój kolega jeszcze z Liceum Ogólnokształcącego w Kolnie. Z kupnem piwa nie ma problemu więc czas mija nam szybko na rozmowie o wojsku.
          Co się czuje przez pierwsze kilkanaście sekund po przekroczeniu bramy? Niepewność, lęk czy może strach? Wszystko po trochu. Zdaję sobie sprawę, że furtka jest miejscem dzielącym dwa zupełnie inne światy.
          Co najbardziej utkwiło w pamięci z tego przywitania? Krzyk kaprali, ciągłe wrzaski i poganianie: najpierw do fryzjera a następnie do kąpieli która pod wspólnym prysznicem trwa około 5 minut. Umundurowanie wydano jak leci, nie dbając o rozmiar, byle sztuka. Ta sytuacja jest bardzo dobrze pokazana w filmie "Kroll" Władysława Pasikowskiego. Żołnierz dostaje jedno prześcieradło zamiast regulaminowych dwóch, więc mówi o tym wydającemu, na co ten rozrywa je na pół ze słowami "teraz masz dwa, w wojsku liczy się sztuka". Po zafasowaniu ubrania, bez kolacji, popędzono nas do bloku na kompanię, szybko rozdzielono po salach i do łóżek spać.

Przebudzenie

          "Pooobudka, pooobudka, wstać!" budzi mnie czyjś wrzask. Dopiero w locie, spadając z górnego łóżka, uzmysławiam sobie gdzie jestem. Rozpoczyna się polka. W drzwiach sali staje kapral, dowódca drużyny, i krzykiem zgania maruderów. Chyba nikt nie wie co robić i jak się zachować ale pomimo to po jakimś czasie udaje mu się wyprowadzić nas na korytarz i ustawić we w miarę równym szyku. Wszystko odbywa się z nieustającym krzykiem, wyzywaniem, wyśmiewaniem i poszturchiwaniem.

Unitarka

          Dni do przysięgi, niemal identyczne, mijają monotonnie. O godzinie 6:00 pobudka, następnie zaprawa poranna, słanie łóżek i toaleta (górne łóżka ściele się najpierw bo ścieląc depcze się po dolnych - dolne idą do umywalni), sprzątanie rejonów, śniadanie (przemarsz ze śpiewem) i zajęcia, głównie musztra, aż do obiadu. Godzina 14:00 obiad (znowu marsz ze śpiewem) następnie teoretycznie pół godziny czasu wolnego który przeważnie kaprale wykorzystują do wykonania innych czynności, i znowu zajęcia aż do wieczora. O 19:00 kolacja, sprzątanie rejonów, toaleta wieczorna i do łóżek, spać. Po chwili jednak wyciągano nas z sal i zabawa trwała dalej, często do rana. Wszystkie na rozkaz, równo bo jak nie to pada komenda "wróóóć" albo "w celu przyspieszenia czynności do sal rozejść się" i powtarzamy to samo aż do opanowania, a raczej zadowolenia kaprala.
          Wszystkie dni podobne do siebie, różnią się jedynie nowymi wyskokami kaprali. Jest naprawdę ciężko. Nieustanna musztra aż do bólu nóg nie jest jeszcze największym nieszczęściem. Najgorsze czeka nas wieczorem podczas sprzątania rejonów i po capstrzyku.
          W połowie stycznia jedziemy na poligon. Śpimy w namiotach przy palących się non stop piecykach. Jest okropnie zimno, temperatura dochodzi do -32 stopni C. Pozwalają nam na ubranie wszystkiego co tylko mamy, czyli onuce, skarpety, piżama, dresy, moro, bechatka a mimo to przeraźliwie marzniemy. Jedzenie po chwili dosłownie zamarza w menażkach. Dostaję wartę w parku maszynowym. I całe szczęście, że właśnie tam - wchodzę do pierwszego lepszego samochodu. Choć trochę chroni to przed dokuczliwym mrozem.
          Któregoś wieczora słyszę okrzyk:
- Szeregowy Zawalich! Do stolika podoficera!
O co chodzi? Melduję się biegiem.
- Telefon do ciebie.
Nic nie rozumiem. Ktoś do mnie dzwoni? Na poligonie?
- Szeregowy Zawalich... - zaczynam meldować się.
- Andrzej? To ja, Iwona. - słyszę głos żony.
Moje kochanie zadzwoniło do mnie do wojska, na poligon. Niesamowite. Okazało się, że pomógł mój daleki krewny, który jest zawodowym wojskowym w stopniu kapitana w Ełku.

          Jedynym pozytywnym i ciekawym elementem pobytu w Szkole Podoficerskiej w Biskupcu był fakt spotkania i poznania Ryszarda Żarowskiego. Na kompanii była gitara i kilka razy miałem okazję zobaczyć i posłuchać jak gra, i wierz mi, już wówczas radził sobie na niej wyśmienicie. Niedługo po wyjściu z wojska został gitarzystą Starego Dobrego Małżeństwa. W cywilu spotkaliśmy się ponownie dopiero po wielu latach w USA. Zespół koncertował tu trzy razy i zawsze zamieniliśmy ze sobą choć kilka słów. Na pamiątkę tych spotkań pozostała mi płyta ze specjalną dedykacją.

          Mój pobór był chyba jedynym, eksperymentalnym rocznikiem w całej Polsce. Już po czteromiesięcznym szkoleniu zrobiono z nas kaprali i rozesłano do różnych jednostek. Mnie skierowano do Olsztyna.

Olsztyn

          W jednostce wojskowej na ulicy Leśnej 1 przebywam najdłużej, bo ponad półtora roku. Tu przechodzę wszystkie szczeble wojskowej fali, od kota po cywila.
          Nikt nie spodziewa się nowego kaprala już w lutym. Młodzi przychodzą zawsze w kwietniu więc z początku wszyscy są pewni, że mam prawie rok służby. Oczywiście jest mi to na rękę i nie spieszę z wyjaśnianiem. Od pierwszego dnia przestaję golić się i poza kilkoma uwagami nikt nie ma większych zastrzeżeń. Zanim wszyscy dowiedzieli się jaka jest prawda ja mam już wąsy jak stary.
          Jako kapral, dowódca drużyny, dostaję 11 ludzi pod swoja komendę. Traf chce, że są to starzy żołnierze którym do końca służby pozostało niewiele ponad pół roku. Ja, młody kapral, kot po czterech miesiącach wojska mam musztrować starych. Pech? Ależ skąd! Nie przyszedłem zasłużyć tylko odsłużyć. Od pierwszego dnia dogaduję się ze swoimi ludźmi i słowo daję, razem tworzymy zgraną ekipę. Nigdy, poza drobnymi incydentami, nie miałem z nimi żadnych problemów. Więcej - gdy było trzeba robili dla mnie wszystko. Na przeglądach musztry chodzili lepiej niż młodzi. Ja miałem dobrze z nimi a oni ze mną.
          Szefem kompanii jest Leon Stańczyk, sierżant o wyglądzie Szwejka ale w przeciwieństwie do bohatera powieści Jaroslava Haska zupełnie pozbawiony poczucia humoru i sprytu. Ogólnie kawał wrednej świni. Nie lubimy się od pierwszego dnia. Co drugi - trzeci dzień przydziela mi służbę podoficera dyżurnego kompanii, rzadziej dowódcę warty. W drugim roku wojska sytuacja zmienia się: dowódcę warty mam co 3-4 dni a podoficera zaledwie kilka razy. Biedak nawet nie domyśla się jaką robi mi tym przysługę. Zamiast tłuc się z żołnierzami po wertepach leżę na wartowni i piszę listy do Iwony. Uzbierało się ich niemało bo aż 507. Mimo że minęło już 17 lat od wyjścia do cywila - 6 października 1986 - mam je wszystkie do dzisiaj. Drugie tyle to listy Iwony do mnie.

16 X 1985 Podoficerowie V Kompanii Do Zadań Specjalnych

16 X 1985 Podoficerowie V Kompanii Do Zadań Specjalnych

Od góry z lewej:
- st. kpr. Grzegorz Filipczyk "Filip"
- st. kpr. Dariusz Piotrowski "Pisarz" (Józefów koło Warszawy)
- st. kpr. Andrzej Turkiewicz "Turek"
- kpr. Jarosław Duńczyk "Duńczyk" (Szczytno)
- kpr. Andrzej Gorczyński
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)
- kpr. "Ryba"
- kpr. Zdzisław Stuglik (Andrychowo)
- st. kpr. Jan Konopko "Konopek"
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- st. kpr. Marek Polak "Polak"

 

Warta

          Któregoś dnia do jednostki przychodzi nowy oficer w stopniu kapitana, stary frontowiec, służbista i kawał chama. Kiedy po raz pierwszy objął służbę oficera dyżurnego jednostki rozpędził wartę. Żołnierze stali do 10:00 wieczorem zanim pozwolił nowej warcie objąć posterunek. Następna służba podobnie. Posypały się kary na dowódców wart. Wreszcie za trzecim razem przyszła moja kolej, ja trafiłem na niego. Staję przed nim na baczność, "strzelam" obcasami i swobodnie ale pewnie składam meldunek. Obchodzi wartowników dokoła, sprawdza broń. Ogląda wszystkich dokładnie i nic. Nie ma do czego przyczepić się? Przecież to niemożliwe. Jeszcze tylko zagląda niektórym do plecaków po czym pada komenda: "Warta! Do miejsca pełnienia służby odmaszerować!". Robię regulaminową rundę z defiladą i idę na wartownię. Nikt nie może w to uwierzyć, puścił nas. W nocy przyszedł na wartownię, znowu zajrzał we wszystkie kąty i .... wpisał pochwałę. Do dziś nie wiem czemu to zawdzięczam: czy pewności siebie czy też postawie moich żołnierzy. W każdym bądź razie zapamiętał mnie dobrze i od tego czasu gdy tylko mieliśmy razem służbę nigdy nie miałem z nim problemów. Wręcz przeciwnie. Nigdy więcej nie kontrolował ani żołnierzy ani wartowni. Podczas odprawy służb składałem meldunek po którym od razu padała komenda do odmarszu, po czym cicho dodawał: "bez defilady". Nigdy więcej nie wszedł do mnie na wartownię. Pukał w okno przez które następnie podawałem mu "dziennik" i wpisywał "Warta pełniona regulaminowo". Wszyscy inni musieli nieźle napocić się zanim pozwolił objąć służbę a mnie traktował wyjątkowo. Ja byłem młodym kapralem, on nowy w tej jednostce więc często przydzielano nam służby razem ale ja już się go nie obawiałem, wiedziałem, że warta będzie na luzie.

Koledzy z "fali". Z tylu budynek "Klubu".

Na tle budynku "Klubu" od lewej stoją:
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- kpr. Andrzej Drozd "Drozd" (Lublin)
- kpr. Leszek Licki (Olsztyn)
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)

Zespół
        

          Dużą pomocą i urozmaiceniem jest gra w zespole którego kierownikiem jestem niemal od pierwszego dnia. Do "Klubu" wprowadził mnie Ryszard Butrymowicz z Gdyni, serdeczny kolega z którym przyjaźniłem się do końca jego pobytu w wojsku. 
          Pierwszego dnia po przyjeździe do Olsztyna oficer dyżurny kieruje mnie na Kompanię Do Zadań Specjalnych. Zanim wprowadzono mnie do dowódcy czekam na korytarzu. Podchodzi jakiś stary żołnierz:
- Cześć, nazywam się Rysiek.
- Cześć, jestem Andrzej.
- Umiesz grać na czymś?
- Tak. Gitara, gitara basowa.
- Świetnie, wpadnij wieczorem do "Klubu".

          Tu należy podkreślić jedną sprawę: Rysiek, stary żołnierz, trafił do mojej drużyny, razem graliśmy w zespole, byliśmy przyjaciółmi ale NIGDY przy innych kapralach czy młodym wojsku nie zwracał się do mnie inaczej niż "kapralu". Gdy rozdzielałem rejony do sprzątania czasem chciałem pominąć go ale on ZAWSZE wyprzedzał mnie:
- Kapralu, to ja może zrobię łazienkę?
          Szefem "Klubu" jest sierżant którego przezywamy "Taboret" z racji nikczemnego wzrostu, coś około 150 cm. To on, jako że jestem najstarszy stopniem, mianował mnie kierownikiem, odpowiedzialnym za "Klub" i sprzęt muzyczny. Zaczynam szukać po wszystkich kompaniach ludzi chętnych do gry w zespole. Po kilku tygodniach i przesłuchaniu kilkudziesięciu osób mam pierwszy skład.

Pierwszy sklad zespolu

Zdjęcie wykonane 14 września 1985 roku na weselu w Czerwonce.

Od lewej:
- st. szer. Zbigniew Cysarz - gitara, instrumenty klawiszowe, śpiew;
- kpr. Andrzej Zawalich - gitara basowa;
- szer. Jan Cholewa - perkusja, akordeon;
- szer. Krystian Matusz - gitara, śpiew;
- szer. Ryszard Butrymowicz - gitara, śpiew;

Znacznie później, po odejściu do cywila Zbyszka Cysarza i Ryśka Butrymowicza, do zespołu dołącza kolega z mojej fali:
- kpr. Dariusz Łukasik - instrumenty klawiszowe;

          Gramy często, na przykład: wesela (dla cywilów, żołnierzy i kadry), Sylwestra, święta wojskowe, zabawy dla żołnierzy z udziałem zaproszonych dziewcząt z akademików i różnych szkół, imprezy dla oficerów w kasynie itp.
          Jedno z pierwszych zleceń to wesele chorążego Bożka. Na kilka tygodni wcześniej dostaję zgodę na zwalnianie ludzi z zajęć i służb i wykorzystuję to z premedytacją. Codziennie chodzę na każdą kompanię i zabieram swoich ludzi czy to się komuś podoba czy nie. Wracamy z prób zawsze po rejonach, tak żeby nie musieli już sprzątać kompanii. Zdecydowany sprzeciw spotykam ze strony zastępcy dowódcy II kompanii do spraw politycznych kpt. Jana Karżewicza.  Jest on przełożonym perkusisty, Janusza Cholewy (i Krzysztofa Gałgana który grał z nami przez jakiś czas). 31 sierpnia 1985 roku,  kpt. Jan Karżewicz zostaje skierowany w zastępstwie "Taboreta" jako nasz opiekun w czasie grania w Wylazłowie na weselu kpr. Andrzeja Czarneckiego. Od czasu gdy usłyszał jak gramy, zobaczył jak zachowujemy się już nigdy nie miałem z nim żadnych problemów a swoim podwładnym wydał polecenie zwolnienia potrzebnych mi ludzi ze służb na każde moje żądanie.

Wesele kpr. Andrzeja Czarneckiego. Wylazlowo, 31 sierpnia 1985. Od lewej: szer. Krzysztof Galgan, kpt. Karżewicz, szer. Janusz Cholewa.

Wesele kpr. Andrzeja Czarneckiego, Wylazłowo 31 sierpnia 1985.

Od lewej:
- szer. Krzysztof Gałgan - perkusja, śpiew;
- kpt. Jan Karżewicz - opiekun;
- szer. Jan Cholewa - perkusja, akordeon;

          Wielkim fanem zespołu jest major Łoś - nazwisko adekwatne do postury. Kawał chłopa, około 190 cm wzrostu, przygarbiona sylwetka, długie ręce sięgające kolan i charakterystyczny kołyszący chód. Któregoś wieczoru już po godzinie 22:00 widzę jak stoi pod oknem "Klubu". Pełni służbę oficera dyżurnego jednostki a my mamy próbę, gramy. Nie odzywa się. Dopiero gdy kończymy raczej prosi niż rozkazuje żeby zamknąć okno bo za bardzo nas słychać. Często przychodzi do "Klubu" żeby nas posłuchać.
          Inna historia: Sylwester 1985-1986 w kasynie oficerskim. Major Łoś podchodzi do mnie:
- Chcecie może oranżady? Tylko uważajcie na nią. - podkreśla - A gdyby zabrakło to przyjdź do mnie.
         Dlaczego poświęcam zespołowi tak wiele miejsca na tej stronie? Gra pozwala zapomnieć chociaż na chwilę o miejscu w którym jesteśmy, robimy to co lubimy a poza tym mamy z tego wymierne korzyści:

Środa, 19 marca 1986

          Nasza kompania zajmuje w bloku dwa pietra. Na pierwszym jest stolik podoficera dyżurnego a nasza sala znajduje się piętro wyżej. To było około 8:00 wieczorem. Leże na "podoficerce: gdy słyszę z dołu wrzask: "Kapral Zawalich, zgłosić się do podoficera dyżurnego". Coś mnie tknęło, z podświadomości przebija się myśl, robi mi się gorąco. Domyślam się o co chodzi. Schodzę na dół i pytam:
- Co jest?
- Telefon do ciebie.
- Kto to?
- Nie wiem, jakaś kobieta.
Biorę słuchawkę.
- Słucham?
- Andrzej? - rozpoznaję głos matki - Synu, masz córkę!
Rozmawiamy jeszcze o czymś ale nic więcej do mnie nie dociera. Wiem tylko jedno: Iwona już urodziła, zostałem tatusiem, mam córkę!!!
          Wracam na podoficerkę i dzielę się swoją radością z kolegami. Wszyscy gratulują mi po czym pada propozycją:
- Trzeba to oblać.
Wychodzę z kompanii. Tuż obok wartownika który "nie chce mnie widzieć" przeskakuję przez płot. Na metę jest blisko, kilka minut spacerkiem. Pukam w znajome okno, wchodzę do mieszkania i biorę cztery butelki. Poza tymi którzy są na służbie jest nas około dziesięciu więc to i tak mało. Zadziwiająca sprawa: wiele razy idąc tą ulicą w dzień zastanawiałem się gdzie jest ta meta? Które to drzwi? Za cholerę, do dziś nie wiem. A w nocy trafiałem bez problemu...
          Wracam na "podoficerkę" i widzę, że koledzy zorganizowali z kuchni trochę jedzenia. Wypijamy na szybkiego po kilka ze szklanki i co to? Wszyscy wykręcają się późną porą, zmęczeniem, że jutro służba. Pal was licho, nie to nie. Zabieram jedną butelkę i idę na salę pierwszego plutonu po Krystiana Matusza z Polic, gitarzystę w moim zespole. Idziemy do naszego klubu, włączamy po cichu radio. Gdy kończy się butelka razem wyskakujemy po następną. Tak mija nam czas do północy.
          W czwartek rano ciężko mi się podnieść, a tu jak na złość na kontroli jest chorąży Frydrych, były major zdegradowany za pijaństwo, stary moczymorda i kawał bydlaka. Przygląda mi się podejrzliwie ale nic nie mówi. W końcu wpada szef kompanii. Melduję mu, że miałem wczoraj telefon, żona urodziła córkę i chcę jechać na urlop.
- No, nie wiem czy pojedziesz - mówi - zamelduję dowódcy kompanii.
"Gadaj sobie co chcesz - myślę - nikogo nie będę prosił. Z takiej okazji regulaminowo należy mi się urlop okolicznościowy".
          Po południu idę znowu do szefa i pytam co z moim urlopem.
- Nie pojedziesz, nie dostaniesz urlopu.
- Ale...
- Żadnego ale. Dowódca nie dał ci urlopu. Odmaszerować.
"O żesz wy - myślę - nie może być, idę do politycznego".

          Zastępcą dowódcy kompanii do spraw politycznych jest chorąży Roman Grzegorz. Jedyny przyzwoity, porządny i szczerze współczujący nam zawodowy żołnierz jakiego znam. Przedstawiam mu całą sprawę kończąc słowami:
- A do domu i tak pojadę. Jeżeli nie dostanę urlopu to ucieknę. I nie ja za to będę siedział a jeden z was!
          W piątek koło południa przychodzi do mnie szef kompanii z rozkazem wyjazdu:
- Masz pięć dni urlopu. I pamiętaj wróć na czas! Przed wyjściem zamelduj się u mnie, osobiście cię skontroluję.
"Mam cię gdzieś.  I tak sobie przedłużę" - postanawiam.

          W domu jestem w sobotę wieczorem a już w poniedziałek rano jadę do WKU w Łomży. Dopiero w drodze uświadamiam sobie, że popełniłem błąd, nie założyłem munduru. Jako jeden z pierwszych jestem wezwany do gabinetu majora. Cholera, jak się przywitać? Przecież nie zamelduję się, jestem w ubraniu cywilnym.
- Dzień dobry.
Spojrzał na mnie zaskoczony i pyta?
- Słucham, o co chodzi?
- Kapral Andrzej Zawalich. Chciałbym przedłużyć urlop. Moja żona urodziła córkę ale poród odbył się z komplikacjami, obydwie leżą jeszcze w szpitalu - snuję zmyśloną opowieść podając plik zaświadczeń wypisanych przez znajomych ginekologów.
- I ty, kapral, przychodzisz do mnie po przedłużenie urlopu w cywilnym ubraniu?
- Jadę prosto ze szpitala. Spędziłem tam całą noc, nie miałem czasu przebrać się - usiłuję wytłumaczyć brak munduru.
Spogląda na jedno z zaświadczeń.
- Zaraz, jak ty się nazywasz?
- Zawalich. Kapral Andrzej Zawalich.
- Kapitan Zawalich z Ełku to twoja rodzina?
- Tak jest. To brat mojego ojca.
          Kłamię. Kapitan Zawalich z Ełku, ten który pomógł Iwonie zadzwonić do mnie na poligon nie jest moim wujkiem. To jakiś daleki krewny. Nic o nim nie wiem i nigdy w życiu go nie widziałem.
- Tak? Byliśmy razem w szkole oficerskiej. Dawno go nie widziałem, co u niego?
- Świetnie, niedawno awansował na majora - podejmuję temat czując, że to moja szansa - Dobrze urządził się w Ełku, jest ważna figurą w sztabie głównym.
- No proszę. A prywatnie? Jak żona? Chwileczkę, jak ona ma na imię?
"Powiem Halinka a on przypomni sobie, że Zośka, co robić?" - myśli przelatują przez głowę.
- Rozwiódł się z nią. Od kilku lat żonaty z Ewą - łgam dziwiąc się, że tak łatwo mi to idzie.
- Kto by pomyślał. A ile ma dzieci?
"Ciekawe ile lat nie widzieli się? Powiem dwoje a on wie, że troje?"
- Czworo. Dwóch chłopców, dwie dziewczynki. Dawno ich nie widziałem. Chciałbym odwiedzić ich ale urlop mi się kończy - wracam do tematu.
Spogląda na mnie zaskoczony.
- Dobrze. Ile ci przedłużyć?
- Jeżeli można, obywatelu majorze, to pięć dni.
Napisał coś na kartce i podając mówi:
- Masz ode mnie siedem. I koniecznie pozdrów wujka.
- Dziękuję obywatelu majorze! - biorę rozkaz i wycofuję się do drzwi.
- Jak będziesz kiedyś potrzebował wolnego to przyjdź. A jakby mnie nie było to powołaj się na mnie.
- Tak jest.
Wychodzę zadowolony. Robię kilka kroków i odwracam się słysząc, że drzwi otwierają się.
- A następnym razem przyjdź w mundurze.
- Tak jest!
- No cześć, trzymaj się.
- Cześć - odpowiadam machinalnie.
Stojący na korytarzu żołnierze rozstępują się z szacunkiem przede mną tworząc szpaler.
- Nie zapomnij powiadomić kompanii! I koniecznie pozdrów wujka! - słyszę wybiegając z budynku.

FALA

          Poszanowanie żołnierza zależy od ilości dni spędzonych w wojsku. Zauważam to niemal od pierwszego dnia. Stare wojsko uczy młode. Zgadzam się z tym dopóki nie przekracza to pewnych norm, zasad, i nie staje się zwykłym bezmyślnym sadyzmem. Nawet kadra zawodowa inaczej traktują starych niż młodych i przymyka oczy na ściganie kotów.

          W "Klubie" nie ma fali, nie pozwalam na to. Jest szacunek należny staremu ale w granicach koleżeństwa. Zresztą stworzyliśmy taką atmosferę, że nikomu nie przychodzi do głowy wywyższanie się. Wszyscy składamy sprzęt, nosimy, czyścimy.

Koledzy z "fali" na tle budynku "Klubu".

Od lewej na tle budynku "Klubu" stoją:
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- kpr. Leszek Licki (Olsztyn)
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)
- kpr. Andrzej Drozd "Drozd" (Lublin)

Samobójstwa

          W ciągu 736 dni pobytu w wojsku byłem świadkiem dwóch prób samobójczych. Pierwsza z nich miała miejsce jeszcze przed przysięgą:
          Któregoś dnia po pobudce zrywam się z "koja". Przygotowuję się do wyjścia na zaprawę ale widzę, że kolega z sąsiedniego łóżka, Jurek N. z Rzeszowa,  nie wstaje. Co mu jest? Przecież nie zaspał, nie da się w tym hałasie. Potrząsam go za ramię ale co to? Czuję, że jest nienaturalnie wiotki i zimny. Przestraszony dotykam jego twarzy a następnie tętnicy szyjnej. Puls jest, ale ledwo wyczuwalny. Żyje. Pod kocem znajduję kilka pustych opakowań po relanium. Natychmiast zawiadamiam dowódcę drużyny. Po kilku minutach zjawia się sanitariusz z "Izby chorych" a zaraz po nim karetka. Nas oczywiście od razu wypędzono z sali i pognano do dalszych zajęć. Porządek dnia nie może być naruszony nawet w takim przypadku.
          Jurka N. z Rzeszowa znałem słabo. Wiem tylko, że był żonaty i miał jedno dziecko. Od samego początku mówił, że wyrwie się stąd. Udało mu się, na kompanię już nie wrócił. Poleżał kilka dni w szpitalu gdzie poddano go obserwacji psychiatrycznej i jako niezdolnego do służby wojskowej odesłano do cywila. Jestem pewien, że Jurek jest normalny a chorobę umysłową symulował. Kto wie czy nie normalniejszy niż my którzy nie podejmujemy podobnej próby i zostajemy w tym "syfie"?
          Po historii z próbą samobójstwa Jurka N. przyznaję, że i mnie zaczęły nachodzić podobne myśli. "Czeka mnie jeszcze dwa lata wojska, jak ja to wytrzymam? Skoro jemu udało się to dlaczego nie mnie? Trzeba spróbować, ale skąd wziąć relanium? A może coś innego, tylko co?" Z braku dobrego pomysłu a także po trosze ze zwykłego strachu przed przedawkowaniem zaniechałem tych myśli.

          Byłem też świadkiem jeszcze jednej próby samobójczej w lecie 1985 roku, jeszcze na starej kompanii. Leżałem wieczorem na łóżku i widziałem wszystko dokładnie. Jeden z żołnierzy naraził się któremuś z kaprali więc ten wzywa go na "podoficerkę" w celu ukarania. Dochodzi do głośnej wymiany zdań w trakcie której nagle żołnierz rzuca się w kierunku otwartego okna. Tylko dzięki przytomności umysłu i szybkości działania jednego z podoficerów zawdzięcza on swoje życie. Upadek z trzeciego piętra niechybnie skończyłby się śmiercią.

SĄD POKAZOWY

          W moim plutonie jest szeregowy Krzysztof Głowacki, stary żołnierz któremu do cywila zostało niewiele ponad trzy miesiące. Dziwny z niego chłopak, mrukliwy, małomówny, niezaradny. Starzy żołnierze ścigają go, młodzi ignorują i wyśmiewają. Moim zdaniem on nigdy nie powinien znaleźć się w wojsku. Na około 100 dni przed wyjściem do cywila jedzie na urlop za drugi rok służby i nie wraca. WSW znajduje go dopiero po miesiącu. Podobno spał w stogach siana, trochę pracował u rolników przy żniwach a gdy nie miał co jeść - kradł. Przyjechał prokurator wojskowy i w "Klubie" zrobiono sąd pokazowy. Spodziewaliśmy się, że jak pokazówka to wyrok będzie surowy ale nikt nie przypuszczał że aż tak. Krzysztof Głowacki został skazany na 12 miesięcy więzienia. Po odbyciu kary zostanie skierowany do jednostki karnej w Orzyszu na odsłużenie pozostałych do wyjścia do cywila trzech miesięcy.

PODSUMOWANIE

          Co moim zdaniem jest najgorsze w wojsku? Ubezwłasnowolnienie. W domu gdy coś ci nie pasuje możesz trzasnąć drzwiami i iść na piwo. W pracy - mówisz że źle się czujesz i wychodzisz. W armii nie możesz tego zrobić, nie decydujesz o własnym postępowaniu, wszystko musi być według regulaminu i widzimisię przełożonych.

          Teoretycznie byłem tam 705 dni a w rzeczywistości ze względu na liczne przepustki i urlopy, znacznie mniej. W trakcie służby wojskowej kląłem wszystkich i wszystko co ma związek z armią. Przed wojskiem mieliśmy z Iwoną wiele wspólnych marzeń i planów. Wszystko zniweczyło wezwanie do WKU. Zdecydowana większość dni to te przerąbane które selektywna pamięć zaciera pomału. Z czasem po latach zostają głównie te przyjemne chwile, a było ich wbrew pozorom niemało. Czy był to czas bezsensownie zmarnowany, wyrwany z życiorysu? Zdecydowanie nie. Wojsko uczy rzeczy negatywnych i pozytywnych. Jaki będziesz i co pozostanie w tobie zależy wyłącznie od ciebie. We mnie pozostała pamięć o kolegach z zespołu, podoficerki, fali. Serdecznych przyjaźniach zawartych w najtrudniejszym dla nas momencie życia.
          Kilka lat temu dzięki internetowi i życzliwości kolegi z "Polskiego Podwórka" udało mi się nawiązać kontakt z Krystianem Matuszem, gitarzystą z zespołu (od wielu lat w Niemczech).

 

Klub Rezerwistów Wojska Polskiego
Należę do Elitarnego Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego

 

Powrót do strony głównej Na górę