
Mieliśmy z Iwoną po 21 lat kiedy 14 lipca 1984 roku
wzięliśmy ślub. Obawialiśmy się, że wezmą mnie do wojska ale nie myśleliśmy, że
stanie się to tak szybko...
Na początku sierpnia, a
więc w dwa tygodnie po ślubie,
dostałem wezwanie do WKU a tam bilet do Szkoły Podoficerskiej Wojsk
Chemicznych w
Biskupcu. Pozostało nam niecałe trzy miesiące a w perspektywie dwa lata
rozłąki.
![]()
W drodze do Biskupca
Nie jadę sam. Już w WKU w
Łomży umówiłem się z kolegami, że spotykamy się na dworcu kolejowym w Piszu.
Jest nas czterech a po drodze dołącza jeszcze jeden. Jest to Grzesiek
Fabiszewski, mój kolega jeszcze z
Liceum Ogólnokształcącego w
Kolnie. Z kupnem piwa nie ma problemu więc czas mija nam szybko na rozmowie
o wojsku.
Co się czuje przez pierwsze kilkanaście sekund po przekroczeniu bramy? Niepewność,
lęk czy może strach? Wszystko po trochu. Zdaję sobie sprawę, że furtka jest miejscem dzielącym dwa
zupełnie inne światy.
Co najbardziej utkwiło w pamięci z tego przywitania? Krzyk kaprali, ciągłe
wrzaski i poganianie: najpierw do fryzjera a następnie do kąpieli która pod
wspólnym prysznicem trwa około 5 minut. Umundurowanie wydano jak leci, nie
dbając o rozmiar, byle sztuka. Ta sytuacja jest bardzo dobrze pokazana w filmie
"Kroll"
Władysława Pasikowskiego. Żołnierz dostaje jedno prześcieradło zamiast
regulaminowych dwóch, więc mówi o tym wydającemu, na co ten rozrywa je na pół ze
słowami "teraz masz dwa, w wojsku liczy się sztuka". Po zafasowaniu ubrania, bez
kolacji, popędzono nas do bloku na kompanię, szybko rozdzielono po salach i do
łóżek spać.
![]()
Przebudzenie
"Pooobudka, pooobudka, wstać!" budzi mnie czyjś wrzask. Dopiero w locie, spadając z górnego łóżka, uzmysławiam sobie gdzie jestem. Rozpoczyna się polka. W drzwiach sali staje kapral, dowódca drużyny, i krzykiem zgania maruderów. Chyba nikt nie wie co robić i jak się zachować ale pomimo to po jakimś czasie udaje mu się wyprowadzić nas na korytarz i ustawić we w miarę równym szyku. Wszystko odbywa się z nieustającym krzykiem, wyzywaniem, wyśmiewaniem i poszturchiwaniem.
![]()
Unitarka
Dni do przysięgi, niemal
identyczne, mijają monotonnie. O godzinie 6:00 pobudka, następnie zaprawa
poranna, słanie łóżek i toaleta (górne łóżka ściele się najpierw bo ścieląc
depcze się po dolnych - dolne idą do umywalni), sprzątanie rejonów, śniadanie
(przemarsz ze śpiewem) i zajęcia, głównie musztra, aż do obiadu. Godzina 14:00
obiad (znowu marsz ze śpiewem) następnie teoretycznie pół godziny czasu wolnego
który przeważnie kaprale wykorzystują do wykonania innych czynności, i znowu
zajęcia aż do wieczora. O 19:00 kolacja, sprzątanie rejonów, toaleta wieczorna i
do łóżek, spać. Po chwili jednak wyciągano nas z sal i zabawa trwała dalej,
często do rana. Wszystkie na rozkaz, równo bo jak nie to
pada komenda "wróóóć" albo "w celu przyspieszenia czynności do sal
rozejść się" i powtarzamy to samo aż do opanowania, a raczej
zadowolenia kaprala.
Wszystkie dni podobne
do siebie, różnią się jedynie nowymi wyskokami kaprali. Jest naprawdę ciężko.
Nieustanna musztra aż do bólu nóg nie jest jeszcze największym nieszczęściem.
Najgorsze czeka nas wieczorem podczas sprzątania rejonów i po capstrzyku.
W połowie stycznia
jedziemy na poligon. Śpimy w namiotach przy palących się non stop piecykach.
Jest okropnie zimno, temperatura dochodzi do -32 stopni C. Pozwalają nam na
ubranie wszystkiego co tylko mamy, czyli onuce, skarpety, piżama, dresy, moro,
bechatka a
mimo to przeraźliwie marzniemy. Jedzenie po chwili dosłownie zamarza w
menażkach. Dostaję wartę w parku maszynowym. I całe szczęście, że
właśnie tam - wchodzę do pierwszego lepszego samochodu. Choć trochę chroni to
przed dokuczliwym mrozem.
Któregoś wieczora słyszę
okrzyk:
- Szeregowy Zawalich! Do stolika podoficera!
O co chodzi? Melduję się biegiem.
- Telefon do ciebie.
Nic nie rozumiem. Ktoś do mnie dzwoni? Na poligonie?
- Szeregowy Zawalich... - zaczynam meldować się.
- Andrzej? To ja, Iwona. - słyszę głos żony.
Moje kochanie zadzwoniło do mnie do wojska, na poligon. Niesamowite. Okazało
się, że pomógł mój daleki krewny, który jest zawodowym wojskowym w stopniu kapitana w
Ełku.
Jedynym pozytywnym i ciekawym elementem pobytu w Szkole Podoficerskiej w Biskupcu był fakt spotkania i poznania Ryszarda Żarowskiego. Na kompanii była gitara i kilka razy miałem okazję zobaczyć i posłuchać jak gra, i wierz mi, już wówczas radził sobie na niej wyśmienicie. Niedługo po wyjściu z wojska został gitarzystą Starego Dobrego Małżeństwa. W cywilu spotkaliśmy się ponownie dopiero po wielu latach w USA. Zespół koncertował tu trzy razy i zawsze zamieniliśmy ze sobą choć kilka słów. Na pamiątkę tych spotkań pozostała mi płyta ze specjalną dedykacją.
Mój pobór był chyba jedynym, eksperymentalnym rocznikiem w całej Polsce. Już po czteromiesięcznym szkoleniu zrobiono z nas kaprali i rozesłano do różnych jednostek. Mnie skierowano do Olsztyna.
![]()
Olsztyn
W jednostce wojskowej na ulicy Leśnej 1 przebywam najdłużej, bo ponad półtora
roku. Tu przechodzę wszystkie szczeble wojskowej fali, od kota po cywila.
16 X 1985 Podoficerowie V Kompanii Do Zadań
Specjalnych
Od góry z lewej:
Nikt nie spodziewa się nowego kaprala już w lutym.
Młodzi przychodzą zawsze w kwietniu więc z początku wszyscy są pewni, że mam
prawie rok służby. Oczywiście jest mi to na rękę i nie spieszę z wyjaśnianiem.
Od pierwszego dnia przestaję golić się i poza kilkoma uwagami nikt nie ma
większych zastrzeżeń. Zanim wszyscy dowiedzieli się jaka jest prawda ja mam już
wąsy jak stary.
Jako kapral, dowódca
drużyny, dostaję 11 ludzi pod swoja komendę. Traf chce, że są to starzy żołnierze
którym do końca służby pozostało niewiele ponad pół roku. Ja, młody kapral,
kot po czterech miesiącach wojska mam musztrować starych. Pech? Ależ skąd!
Nie przyszedłem zasłużyć tylko odsłużyć. Od pierwszego dnia dogaduję się ze
swoimi ludźmi i słowo daję, razem tworzymy zgraną ekipę. Nigdy, poza drobnymi
incydentami, nie miałem z nimi żadnych problemów. Więcej - gdy było trzeba
robili dla mnie wszystko. Na przeglądach musztry chodzili lepiej niż młodzi. Ja
miałem dobrze z nimi a oni ze mną.
Szefem kompanii jest
Leon Stańczyk, sierżant o wyglądzie Szwejka ale w przeciwieństwie do bohatera
powieści
Jaroslava Haska
zupełnie pozbawiony poczucia humoru i sprytu. Ogólnie kawał wrednej świni. Nie
lubimy się od pierwszego dnia. Co drugi - trzeci dzień przydziela mi służbę
podoficera dyżurnego kompanii, rzadziej dowódcę warty. W drugim roku wojska
sytuacja zmienia się: dowódcę warty mam co 3-4 dni a podoficera zaledwie kilka
razy. Biedak nawet nie domyśla się jaką robi mi tym przysługę. Zamiast tłuc się
z żołnierzami po wertepach leżę na wartowni i piszę listy do Iwony. Uzbierało
się ich niemało bo aż 507. Mimo że minęło już 17 lat od wyjścia
do cywila - 6 października 1986 - mam je wszystkie do dzisiaj. Drugie tyle to
listy Iwony do mnie.
- st. kpr. Grzegorz Filipczyk "Filip"
- st. kpr. Dariusz Piotrowski "Pisarz" (Józefów koło Warszawy)
- st. kpr. Andrzej Turkiewicz "Turek"
- kpr. Jarosław Duńczyk "Duńczyk" (Szczytno)
- kpr. Andrzej Gorczyński
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)
- kpr. "Ryba"
- kpr. Zdzisław Stuglik (Andrychowo)
- st. kpr. Jan Konopko "Konopek"
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- st. kpr. Marek Polak "Polak"
Warta
Któregoś dnia do
jednostki przychodzi nowy oficer w stopniu kapitana, stary frontowiec, służbista i kawał chama. Kiedy po raz pierwszy objął
służbę oficera dyżurnego jednostki rozpędził wartę. Żołnierze stali do 10:00
wieczorem zanim pozwolił nowej warcie objąć posterunek. Następna służba
podobnie. Posypały się kary na dowódców wart. Wreszcie za trzecim razem przyszła
moja kolej, ja trafiłem na niego. Staję przed nim na baczność, "strzelam"
obcasami i swobodnie ale pewnie składam meldunek. Obchodzi wartowników dokoła,
sprawdza broń. Ogląda wszystkich dokładnie i nic. Nie ma do czego przyczepić
się? Przecież to niemożliwe. Jeszcze tylko zagląda niektórym do plecaków po czym
pada komenda: "Warta! Do miejsca pełnienia służby odmaszerować!". Robię
regulaminową rundę z defiladą i idę na wartownię. Nikt nie może w to uwierzyć,
puścił nas. W nocy przyszedł na wartownię, znowu zajrzał we wszystkie kąty i
.... wpisał pochwałę. Do dziś nie wiem czemu to zawdzięczam: czy pewności siebie
czy też postawie moich żołnierzy. W każdym bądź razie zapamiętał mnie dobrze i
od tego czasu gdy tylko mieliśmy razem służbę nigdy nie miałem z nim problemów.
Wręcz przeciwnie. Nigdy więcej nie kontrolował ani żołnierzy ani wartowni.
Podczas odprawy służb składałem meldunek po którym od razu padała komenda do
odmarszu, po czym cicho dodawał: "bez defilady". Nigdy więcej nie wszedł do mnie
na wartownię. Pukał w okno przez które następnie podawałem mu "dziennik" i
wpisywał "Warta pełniona regulaminowo". Wszyscy inni musieli nieźle napocić się
zanim pozwolił objąć służbę a mnie traktował wyjątkowo. Ja byłem młodym
kapralem, on nowy w tej jednostce więc często przydzielano nam służby razem ale
ja już się go nie obawiałem, wiedziałem, że warta będzie na luzie.
Na tle budynku "Klubu" od lewej stoją:
Zespół
Dużą pomocą i urozmaiceniem jest gra w zespole którego
kierownikiem jestem niemal od pierwszego dnia. Do "Klubu" wprowadził mnie Ryszard
Butrymowicz z Gdyni,
serdeczny kolega z którym przyjaźniłem się do końca jego pobytu w wojsku.
Tu
należy podkreślić jedną sprawę: Rysiek, stary żołnierz, trafił do mojej drużyny,
razem graliśmy w
zespole, byliśmy przyjaciółmi ale NIGDY przy innych kapralach czy młodym
wojsku nie zwracał się do mnie inaczej niż "kapralu". Gdy rozdzielałem rejony do
sprzątania czasem chciałem pominąć go ale on ZAWSZE wyprzedzał mnie:
Zdjęcie wykonane 14 września 1985 roku na weselu w
Czerwonce.
Od lewej:
Znacznie później, po odejściu do cywila Zbyszka
Cysarza i Ryśka Butrymowicza, do zespołu dołącza kolega z mojej fali:
Gramy często, na przykład: wesela (dla cywilów, żołnierzy i kadry), Sylwestra, święta wojskowe, zabawy
dla żołnierzy z udziałem zaproszonych dziewcząt z akademików i różnych szkół,
imprezy dla oficerów w kasynie
itp.
Wesele kpr. Andrzeja Czarneckiego, Wylazłowo 31
sierpnia 1985.
Od lewej:
Wielkim fanem zespołu jest major Łoś - nazwisko adekwatne do postury. Kawał
chłopa, około 190 cm wzrostu, przygarbiona sylwetka, długie ręce sięgające kolan
i charakterystyczny kołyszący chód. Któregoś wieczoru już po godzinie 22:00
widzę jak stoi pod oknem "Klubu". Pełni służbę oficera dyżurnego jednostki a my
mamy próbę, gramy. Nie odzywa się. Dopiero gdy kończymy raczej prosi niż
rozkazuje żeby zamknąć okno bo za bardzo nas słychać. Często przychodzi do
"Klubu" żeby nas posłuchać.
zwolnienie ze służb, zwolnienie z zajęć, znajomości wśród żołnierzy, znajomości wśród kadry, możliwość przebywania w "Klubie" po capstrzyku, dodatkowe urlopy za granie, poważanie wśród żołnierzy i kadry oficerskiej, Środa, 19 marca 1986
Nasza kompania zajmuje w bloku dwa pietra. Na pierwszym jest stolik podoficera
dyżurnego a nasza sala znajduje się piętro wyżej. To było około 8:00 wieczorem.
Leże na "podoficerce: gdy słyszę z dołu wrzask: "Kapral Zawalich, zgłosić się do
podoficera dyżurnego". Coś mnie tknęło, z podświadomości przebija się myśl, robi
mi się gorąco. Domyślam się o co chodzi. Schodzę na dół i pytam:
Zastępcą dowódcy
kompanii do spraw politycznych jest chorąży Roman Grzegorz. Jedyny przyzwoity,
porządny i szczerze współczujący nam zawodowy żołnierz jakiego znam.
Przedstawiam mu całą sprawę kończąc słowami:
W domu jestem w sobotę wieczorem a już w poniedziałek rano jadę do WKU w
Łomży.
Dopiero w drodze uświadamiam sobie, że popełniłem błąd, nie założyłem munduru.
Jako jeden z pierwszych jestem wezwany do gabinetu majora. Cholera, jak się
przywitać? Przecież nie zamelduję się, jestem w ubraniu
cywilnym.
FALA
Poszanowanie żołnierza zależy od ilości dni spędzonych w wojsku. Zauważam to
niemal od pierwszego dnia. Stare wojsko uczy młode. Zgadzam się z tym dopóki nie
przekracza to pewnych norm, zasad, i nie staje się zwykłym bezmyślnym sadyzmem.
Nawet kadra zawodowa inaczej traktują starych niż młodych i przymyka oczy na
ściganie kotów.
W "Klubie" nie ma fali,
nie pozwalam na to. Jest szacunek należny staremu ale w granicach koleżeństwa.
Zresztą stworzyliśmy taką atmosferę, że nikomu nie przychodzi do głowy
wywyższanie się. Wszyscy składamy sprzęt, nosimy, czyścimy.
Od lewej na tle budynku "Klubu" stoją:
Samobójstwa
W ciągu 736 dni pobytu w
wojsku byłem świadkiem dwóch prób samobójczych. Pierwsza z nich miała miejsce
jeszcze przed przysięgą:
Byłem też świadkiem
jeszcze jednej próby samobójczej w lecie 1985 roku, jeszcze na starej kompanii.
Leżałem wieczorem na łóżku i widziałem wszystko dokładnie. Jeden z żołnierzy
naraził się któremuś z kaprali więc ten wzywa go na "podoficerkę" w celu
ukarania. Dochodzi do głośnej wymiany zdań w trakcie której nagle żołnierz rzuca
się w kierunku otwartego okna. Tylko dzięki przytomności umysłu i szybkości
działania jednego z podoficerów zawdzięcza on swoje życie. Upadek z trzeciego
piętra niechybnie skończyłby się śmiercią.
SĄD POKAZOWY W moim
plutonie jest szeregowy Krzysztof Głowacki, stary żołnierz któremu do cywila
zostało niewiele ponad trzy miesiące. Dziwny z niego chłopak, mrukliwy,
małomówny, niezaradny. Starzy żołnierze ścigają go, młodzi ignorują i
wyśmiewają. Moim zdaniem on nigdy nie powinien znaleźć się w wojsku. Na około
100 dni przed wyjściem do cywila jedzie na urlop za drugi rok służby i nie
wraca. WSW znajduje go dopiero po miesiącu. Podobno spał w stogach siana, trochę
pracował u rolników przy żniwach a gdy nie miał co jeść - kradł. Przyjechał
prokurator wojskowy i w "Klubie" zrobiono sąd pokazowy. Spodziewaliśmy się, że
jak pokazówka to wyrok będzie surowy ale nikt nie przypuszczał że aż tak.
Krzysztof Głowacki został skazany na 12 miesięcy więzienia. Po odbyciu kary
zostanie skierowany do jednostki karnej w Orzyszu na odsłużenie pozostałych do
wyjścia do cywila trzech miesięcy. PODSUMOWANIE Co moim
zdaniem jest najgorsze w wojsku? Ubezwłasnowolnienie. W domu gdy coś ci nie
pasuje możesz trzasnąć drzwiami i iść na piwo. W pracy - mówisz że źle się
czujesz i wychodzisz. W armii nie możesz tego zrobić, nie decydujesz o własnym
postępowaniu, wszystko musi być według regulaminu i widzimisię przełożonych.
Teoretycznie byłem tam 705 dni a w rzeczywistości ze względu na liczne
przepustki i urlopy, znacznie mniej. W trakcie służby wojskowej kląłem
wszystkich i wszystko co ma związek z armią. Przed wojskiem mieliśmy z Iwoną
wiele wspólnych marzeń i planów. Wszystko zniweczyło wezwanie do WKU.
Zdecydowana większość dni to te przerąbane które selektywna pamięć zaciera
pomału. Z czasem po latach zostają głównie te przyjemne chwile, a było ich wbrew
pozorom niemało. Czy był to czas bezsensownie zmarnowany, wyrwany z życiorysu?
Zdecydowanie nie. Wojsko uczy rzeczy negatywnych i pozytywnych. Jaki będziesz i
co pozostanie w tobie zależy wyłącznie od ciebie. We mnie pozostała pamięć o
kolegach z zespołu, podoficerki, fali. Serdecznych przyjaźniach zawartych w
najtrudniejszym dla nas momencie życia.
![]()
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- kpr. Andrzej Drozd "Drozd" (Lublin)
- kpr. Leszek Licki (Olsztyn)
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)
![]()
Pierwszego dnia po
przyjeździe do Olsztyna oficer dyżurny kieruje mnie na Kompanię Do Zadań
Specjalnych. Zanim wprowadzono mnie do dowódcy czekam na korytarzu. Podchodzi
jakiś stary żołnierz:
- Cześć, nazywam się Rysiek.
- Cześć, jestem Andrzej.
- Umiesz grać na czymś?
- Tak. Gitara, gitara basowa.
- Świetnie, wpadnij wieczorem do "Klubu".
- Kapralu, to ja może zrobię łazienkę?
Szefem "Klubu" jest sierżant którego przezywamy "Taboret" z racji nikczemnego
wzrostu, coś około 150 cm. To on, jako że jestem najstarszy stopniem, mianował
mnie kierownikiem, odpowiedzialnym za "Klub" i sprzęt muzyczny. Zaczynam szukać
po wszystkich kompaniach ludzi chętnych do gry w zespole. Po kilku tygodniach i
przesłuchaniu kilkudziesięciu osób mam pierwszy skład.
- st. szer. Zbigniew Cysarz - gitara, instrumenty klawiszowe, śpiew;
- kpr. Andrzej Zawalich - gitara basowa;
- szer. Jan Cholewa - perkusja, akordeon;
- szer. Krystian Matusz - gitara, śpiew;
- szer. Ryszard Butrymowicz - gitara, śpiew;
- kpr. Dariusz Łukasik - instrumenty klawiszowe;
Jedno z pierwszych zleceń to wesele chorążego Bożka. Na kilka tygodni wcześniej
dostaję zgodę na zwalnianie ludzi z zajęć i służb i wykorzystuję to z
premedytacją. Codziennie chodzę na każdą kompanię i zabieram swoich ludzi czy to
się komuś podoba czy nie. Wracamy z prób zawsze po rejonach, tak żeby nie
musieli już sprzątać kompanii. Zdecydowany sprzeciw spotykam ze strony zastępcy
dowódcy II kompanii do spraw politycznych kpt. Jana Karżewicza. Jest on
przełożonym perkusisty, Janusza Cholewy (i Krzysztofa Gałgana który grał z nami
przez jakiś czas). 31 sierpnia 1985 roku, kpt. Jan Karżewicz zostaje
skierowany w zastępstwie "Taboreta" jako nasz opiekun w czasie grania w
Wylazłowie na weselu kpr. Andrzeja Czarneckiego. Od czasu gdy usłyszał jak
gramy, zobaczył jak zachowujemy się już nigdy nie miałem z nim żadnych problemów
a swoim podwładnym wydał polecenie zwolnienia potrzebnych mi ludzi ze służb na
każde moje żądanie.
- szer. Krzysztof Gałgan - perkusja, śpiew;
- kpt. Jan Karżewicz - opiekun;
- szer. Jan Cholewa - perkusja, akordeon;
Inna historia: Sylwester
1985-1986 w kasynie oficerskim. Major Łoś podchodzi do mnie:
- Chcecie może oranżady? Tylko uważajcie na nią. - podkreśla - A gdyby
zabrakło to przyjdź do mnie.
Dlaczego poświęcam
zespołowi tak wiele miejsca na tej stronie? Gra pozwala zapomnieć chociaż na
chwilę o miejscu w którym jesteśmy, robimy to co lubimy a poza tym mamy z tego
wymierne korzyści:
![]()
- Co jest?
- Telefon do ciebie.
- Kto to?
- Nie wiem, jakaś kobieta.
Biorę słuchawkę.
- Słucham?
- Andrzej? - rozpoznaję głos matki - Synu, masz córkę!
Rozmawiamy jeszcze o czymś ale nic więcej do mnie nie dociera. Wiem tylko
jedno: Iwona już urodziła, zostałem tatusiem, mam córkę!!!
Wracam na podoficerkę
i dzielę się swoją radością z kolegami. Wszyscy gratulują mi po czym pada
propozycją:
- Trzeba to oblać.
Wychodzę z kompanii. Tuż obok wartownika który "nie chce mnie widzieć"
przeskakuję przez płot. Na metę jest blisko, kilka minut spacerkiem. Pukam w
znajome okno, wchodzę do mieszkania i biorę cztery butelki. Poza tymi którzy są
na służbie jest nas około dziesięciu więc to i tak mało. Zadziwiająca sprawa:
wiele razy idąc tą ulicą w dzień zastanawiałem się gdzie jest ta meta? Które to
drzwi? Za cholerę, do dziś nie wiem. A w nocy trafiałem bez problemu...
Wracam na
"podoficerkę" i widzę, że koledzy zorganizowali z kuchni trochę jedzenia.
Wypijamy na szybkiego po kilka ze szklanki i co to? Wszyscy wykręcają się późną
porą, zmęczeniem, że jutro służba. Pal was licho, nie to nie. Zabieram jedną
butelkę i idę na salę pierwszego plutonu po Krystiana Matusza z
Polic,
gitarzystę w moim zespole. Idziemy do naszego klubu, włączamy po cichu radio.
Gdy kończy się butelka razem wyskakujemy po następną. Tak mija nam czas do
północy.
W czwartek rano ciężko mi się
podnieść, a tu jak na złość na kontroli jest chorąży Frydrych, były major
zdegradowany za pijaństwo, stary moczymorda i
kawał bydlaka. Przygląda mi się podejrzliwie ale nic nie mówi. W końcu wpada
szef kompanii. Melduję mu, że miałem wczoraj telefon, żona urodziła córkę i chcę
jechać na urlop.
- No, nie wiem czy pojedziesz - mówi - zamelduję dowódcy kompanii.
"Gadaj sobie co chcesz - myślę - nikogo nie będę prosił. Z takiej okazji
regulaminowo należy mi się urlop okolicznościowy".
Po południu idę znowu do szefa i pytam co z moim urlopem.
- Nie pojedziesz, nie dostaniesz urlopu.
- Ale...
- Żadnego ale. Dowódca nie dał ci urlopu. Odmaszerować.
"O żesz wy - myślę - nie może być, idę do politycznego".
- A do domu i tak pojadę. Jeżeli nie dostanę urlopu to ucieknę. I nie ja za to będę
siedział a jeden z was!
W piątek koło
południa przychodzi do mnie szef kompanii z rozkazem wyjazdu:
- Masz pięć dni urlopu. I pamiętaj wróć na czas! Przed wyjściem zamelduj się
u mnie, osobiście cię skontroluję.
"Mam cię gdzieś. I tak sobie przedłużę" - postanawiam.
- Dzień dobry.
Spojrzał na mnie zaskoczony i pyta?
- Słucham, o co chodzi?
- Kapral Andrzej Zawalich. Chciałbym przedłużyć
urlop. Moja żona urodziła córkę ale poród odbył się z komplikacjami, obydwie
leżą jeszcze w szpitalu - snuję zmyśloną opowieść podając plik zaświadczeń
wypisanych przez znajomych ginekologów.
- I ty, kapral, przychodzisz do mnie po przedłużenie urlopu w cywilnym
ubraniu?
- Jadę prosto ze szpitala. Spędziłem tam całą noc,
nie miałem czasu przebrać się - usiłuję wytłumaczyć brak munduru.
Spogląda na jedno z zaświadczeń.
- Zaraz, jak ty się nazywasz?
- Zawalich. Kapral Andrzej Zawalich.
- Kapitan Zawalich z Ełku to twoja rodzina?
- Tak jest. To brat mojego ojca.
Kłamię. Kapitan Zawalich z Ełku, ten który pomógł
Iwonie zadzwonić do mnie na poligon nie jest moim wujkiem. To jakiś daleki
krewny. Nic o nim nie wiem i nigdy w
życiu go nie widziałem.
- Tak? Byliśmy razem w szkole oficerskiej. Dawno go nie widziałem, co u niego?
- Świetnie, niedawno awansował na majora - podejmuję temat czując, że to
moja szansa - Dobrze urządził się w Ełku, jest ważna figurą w sztabie głównym.
- No proszę. A prywatnie? Jak żona? Chwileczkę, jak ona ma na imię?
"Powiem Halinka a on przypomni sobie, że Zośka, co robić?" - myśli przelatują przez głowę.
- Rozwiódł się z nią. Od kilku lat żonaty z Ewą -
łgam dziwiąc się, że tak łatwo mi to idzie.
- Kto by pomyślał. A ile ma dzieci?
"Ciekawe ile lat nie widzieli się? Powiem dwoje a
on wie, że troje?"
- Czworo. Dwóch chłopców, dwie dziewczynki. Dawno ich nie widziałem.
Chciałbym odwiedzić ich ale urlop mi się kończy - wracam do tematu.
Spogląda
na mnie zaskoczony.
- Dobrze. Ile ci przedłużyć?
- Jeżeli można, obywatelu majorze, to pięć dni.
Napisał coś na kartce i podając mówi:
- Masz ode mnie siedem. I koniecznie pozdrów wujka.
- Dziękuję obywatelu majorze! - biorę rozkaz i wycofuję się do drzwi.
-
Jak będziesz kiedyś potrzebował wolnego to przyjdź. A jakby mnie nie było to
powołaj się na mnie.
- Tak jest.
Wychodzę zadowolony. Robię kilka kroków i odwracam
się słysząc, że drzwi otwierają się.
- A następnym razem przyjdź w mundurze.
- Tak jest!
- No cześć, trzymaj się.
- Cześć - odpowiadam machinalnie.
Stojący na korytarzu żołnierze rozstępują się z szacunkiem przede mną tworząc
szpaler.
- Nie zapomnij powiadomić kompanii! I koniecznie
pozdrów wujka! - słyszę wybiegając z budynku.![]()
- kpr. Andrzej Zawalich (Kolno)
- kpr. Leszek Licki (Olsztyn)
- kpr. Dariusz Łukasik "Czesiek" (Lublin)
- kpr. Andrzej Drozd "Drozd" (Lublin)
![]()
Któregoś dnia po
pobudce zrywam się z "koja". Przygotowuję się do wyjścia na zaprawę ale widzę,
że kolega z sąsiedniego łóżka, Jurek N. z Rzeszowa, nie wstaje. Co mu
jest? Przecież nie zaspał, nie da się w tym hałasie. Potrząsam go za ramię ale
co to? Czuję, że jest nienaturalnie wiotki i zimny. Przestraszony dotykam jego
twarzy a następnie tętnicy szyjnej. Puls jest, ale ledwo wyczuwalny. Żyje. Pod
kocem znajduję kilka pustych opakowań po relanium. Natychmiast zawiadamiam
dowódcę drużyny. Po kilku minutach zjawia się sanitariusz z "Izby chorych" a
zaraz po nim karetka. Nas oczywiście od razu wypędzono z sali i pognano do
dalszych zajęć. Porządek dnia nie może być naruszony nawet w takim przypadku.
Jurka N. z Rzeszowa
znałem słabo. Wiem tylko, że był żonaty i miał jedno dziecko. Od samego początku
mówił, że wyrwie się stąd. Udało mu się, na kompanię już nie wrócił. Poleżał
kilka dni w szpitalu gdzie poddano go obserwacji psychiatrycznej i jako
niezdolnego do służby wojskowej odesłano do cywila. Jestem pewien, że Jurek jest
normalny a chorobę umysłową symulował. Kto wie czy nie normalniejszy niż my
którzy nie podejmujemy podobnej próby i zostajemy w tym "syfie"?
Po historii z próbą
samobójstwa Jurka N. przyznaję, że i mnie zaczęły nachodzić podobne myśli.
"Czeka mnie jeszcze dwa lata wojska, jak ja to wytrzymam? Skoro jemu udało się
to dlaczego nie mnie? Trzeba spróbować, ale skąd wziąć relanium? A może coś
innego, tylko co?" Z braku dobrego pomysłu a także po trosze ze zwykłego strachu
przed przedawkowaniem zaniechałem tych myśli.![]()
![]()
Kilka lat temu dzięki internetowi i
życzliwości kolegi z
"Polskiego Podwórka" udało mi się nawiązać kontakt z Krystianem Matuszem,
gitarzystą z zespołu (od wielu lat w Niemczech).
Należę do Elitarnego
Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego
| Powrót do strony głównej | Na górę |