Sorry, your browser doesn't support Java(tm).
          Plan wyjazdu do Kanady powstał zupełnie przypadkowo, spontanicznie. Mieliśmy urlop i trzeba było coś z tym zrobić, pojechać dokądś. Może więc do Kanady, nad Niagarę?
          Wyjechaliśmy w sobotę 22 czerwca 2002 roku o 2:00 nad ranem. Wcześnie, bo chcieliśmy być na granicy jeszcze przed największym ruchem na drodze. Iwona była odpowiedzialna za sprawy organizacyjne i aprowizację, Asia - operator kamery a ja to po prostu kierowca. Z mapą w ręce i nadzieją na przeżycie niezapomnianej przygody wyruszamy w kierunku Kanady. Przed nami długa droga - do pokonania ponad 500 mil w jedną stronę. Nic nas nie goni, mamy jeszcze ponad dwa tygodnie urlopu. Czy podróż potrwa dwa dni czy też dwa tygodnie nie ma dla nas żadnego znaczenia.
          Pierwszy odcinek trasy jest najłatwiejszy. Noc, na drodze niewielki ruch. Trochę jazdy po uliczkach Burbank i wyjeżdżamy na highway nr 94, niemal prostą drogę o długości ponad 200 mil do Detroit gdzie zamierzamy przekroczyć granicę z Kanadą. Piękna, spokojna noc. Słuchamy Starego Dobrego Małżeństwa. Asia nie ma nic do roboty więc rozłożyła się z tyłu samochodu i śpi. Dopuszczalna prędkość to 70 mil/h. Z początku stosuję się do tych ograniczeń, ale gdy mijają nas wszyscy, nawet ogromne tiry przyspieszam i pędzimy 70-80 mil/h. Za szybami samochodu przesuwa się monotonny krajobraz mijanych stanów: Illinois, Indiana, Michigan. Wreszcie, po około pięciu godzinach jazdy, zbliżamy się do Detroit. Dojeżdżamy do przejścia granicznego. Celnik amerykański nawet nie wyszedł ze swojej "budki". Pobrał tylko niewielką opłatę i kazał jechać dalej. Kanadyjczycy są bardziej skrupulatni - żądają okazania dokumentów, pytają dokąd i na jak długo jedziemy i ... droga wolna.
   
          Jesteśmy w Kanadzie. Widok za oknem zmienił się diametralnie. Nie ma już amerykańskiej szarzyzny, nawet pola wyglądają ciekawiej. Wszędzie zieleń, porządek i czystość. Zwykłe farmy mają swój urok. Zachwyciliśmy się tym widokiem. Trochę to przypomina Polskę, tylko napisy na znakach drogowych w dwóch językach, angielskim i francuskim, mówią nam że jesteśmy z dala od kraju.
          Jesteśmy głodni i zmęczeni. Zjeżdżamy z trasy do pierwszej napotkanej restauracji. Zamawiamy coś do jedzenia i oczywiście po kawie bez której Iwona nie może normalnie funkcjonować. Niestety, nie podają kawy "po polsku" - otrzymujemy "lurkę" z ekspresu. Z zapłatą nie ma najmniejszego problemu: dajemy dolary amerykańskie a otrzymujemy kanadyjskie. Jeszcze tylko po papierosku i ruszamy dalej.
   
           Jest gorąco. Temperatura sięga powyżej 90 stopni F, to jest ponad 30 C. Przez całą drogę mamy włączoną klimatyzację, bez tego nie można jechać. Wjeżdżamy na highway nr 403 oznaczony koroną, tzw. drogę królewską. W Kanadzie posługują się miarami takimi jakie obowiązują w Polsce. Nie ma mil i galonów lecz swojsko brzmiące kilometry i litry. Ograniczenie prędkości do 100 km/h to jest około 60 mil/h. Oczywiście nikt tego nie przestrzega, ja też. Ale tu niespodzianka, co chwilę widzimy samochody zatrzymane przez patrol policji. Kary za przekroczenie prędkości są wysokie. Jazda powyżej 100 km/h kosztuje $ 100 i proporcjonalnie zwiększa się za każde kolejne 10 km/h. Mimo to jedziemy dalej nie przestrzegając przepisów z prędkością 120 km/h. Przed nami London, następnie Hamilton w którym mieliśmy niezwykłe spotkanie. W jednej z restauracji w której zatrzymaliśmy się na lunch poznaliśmy sympatycznego, młodego Meksykanina. W czasie rozmowy zapytał nas skąd jesteśmy. Gdy powiedzieliśmy że z Polski zaskoczył nas następnym pytaniem:
- A znacie Mikołajki???
- Oczywiście, przecież to na naszych kochanych Mazurach, niedaleko Kolna, zaledwie 46 km!
- Tak? Ja mieszkałem w Mikołajkach przez pół roku!!!
Na zakończenie rozmowy powiedział po polsku:
- Do widzenia - i pożegnaliśmy się.
W innym państwie, na innym kontynencie, na innej półkuli ziemskiej...... Ależ ten świat mały.
   
          Zaczynamy odczuwać trudy podróży. Podejmujemy decyzję o zatrzymaniu się na noc w małym miasteczku z dala od tłumu turystów. Wynajmujemy apartament w hotelu "Days Inn". Iwonie i mnie zależy tylko na wygodnym łóżku (proszę nie domyslać się zbyt wiele, naprawdę jesteśmy zmęczeni...). Asia ma więcej sił, od razu przebiera się w strój kąpielowy i pędzi na basen. Przed zapadnięciem w sen słyszymy jeszcze tylko jak zachęca nas do skorzystania z jackuzi i ... budzimy się rano. Jest niedziela, godzina 9:00 rano. W recepcji czeka na nas pyszne śniadanko i gorąca kawa. Niestety znowu "lurka" z ekspresu. Wyruszamy w drogę, do Niagara Falls pozostało 30 km.
   
          Droga mija szybko. Im bliżej miasta tym ruch na drodze nasila się. Asia w końcu włącza kamerę i filmuje piękno kanadyjskiej przyrody. Wjeżdżamy na gigantyczny wiadukt z którego dostrzegamy cel naszej podróży. Widok jest zachwycający. Przed nami cudowne miejsce, tego nie da się opisać. Jedziemy wzdłuż rzeki Niagara szukając parkingu. To nie takie proste, jest weekend i przyjechało tu tysiące ludzi. Mimo upału pootwieraliśmy okna. Dociera do nas huk wodospadu. Rozglądamy się ciekawie dookoła i ..... wreszcie jest. WIDZIMY GO.
          Tuż obok, dosłownie 300 metrów od wodospadu widzimy dogodny, strzeżony parking. Pozostawiamy szybko auto i wyruszamy pieszo podziwiać ten cud przyrody i korzystać z atrakcji. Nikt nie myśli o zmęczeniu i głodzie. Zabieramy ze sobą aparaty fotograficzne i kamerę.
          Zdjęcia nie są zbyt wyraźne z powodu wszechobecnego pyłu wodnego. Ogromna masa wody (154 mln litrów na minutę!) spadająca z wielkiej wysokości rozbryzguje się tworząc dosłownie zasłonę wodną uniemożliwiającą wykonanie dobrych zdjęć. Wykonaliśmy je ze statku, takiego jaki jest widoczny na drugiej fotografii.
          Nad Niagarą spędziliśmy dwa dni. Zobaczyliśmy naprawdę wiele atrakcji. Gdybyśmy chcieli wszystko opisać i pokazać zabrakłoby nam miejsca na serwerze ;-)
W wielkim skrócie:
Zejście do tuneli wykopanych pod Niagarą.
Rejs statkiem pod wodospad.
- "Sky Tower" - restauracja i taras widokowy na szczycie gigantycznej wieży. Wysokość 520 stóp czyli około 170 metrów. Dojazd trzema "Yellow Bugs" - szybkobieżnymi windami które wjeżdżają na górę w ciągu 52 sekund. Na szczycie wieży jest obracająca się restauracja. Pełny obrót wokół własnej osi wykonuje w ciągu godziny. Widok z góry rozciąga się na 80 mil, czyli 129 km!!! Ceny są równie wysokie jak cała Sky Tower. Dobry obiad w normalnej restauracji kosztuje 10 dolarów, tam - 40! Naprawdę warto zobaczyć, super atrakcja dla turystów.
- "Spanish car" czyli podróż kolejką linową zawieszoną około 100 metrów nad rzeką Niagara ze strony kanadyjskiej na amerykańską i z powrotem. Było tu trochę emocji gdy wsiadło razem z nami do wagoniku kilku grubasów ;-)
- "Floral clock" czyli zegar wykonany z naturalnych kwiatów, wielkości ulicznego ronda.
- "Baterfly garden" - kolekcja ponad 3 tys. żywych, fruwających motyli. Tu ciekawostka: ogromny piękny motyl wielkości dłoni Andrzeja (czyli wielki!) usiadł mu na "bejzbolówce". W tym momencie rozbłysły flesze aparatów fotograficznych setek turystów i poczuł się jak model na wybiegu ;-)
- "Botanical garden" - przepiękny ogród botaniczny złożony z roślin ze wszystkich zakątków świata. Imponujące rozarium z mnóstwem gatunków królowej kwiatów.
- "Hard rock cafe" - koncert lokalnego zespołu wykonującego popularne standardy muzyki rozrywkowej, między innymi Roy'a Orbisona i The Beatles.
- Pokaz sztucznych ogni - o godzinie 10:00 wieczorem zobaczyliśmy na niebie feerie barw zaprezentowaną przez dwóch zawodowych pirotechników. Orgia kolorów na tle rzeki i różnobarwnie podświetlonego wodospadu Niagara.
Sorry, your browser doesn't support Java(tm).

Niagara Falls na żywo. Widok na wodospad z kamery umieszczonej na dachu hotelu Sheraton. Chcesz wiedzieć co dzieje się tam w tej chwili? Zobacz, zapraszamy tutaj.

 

        Spędziliśmy miły i wspaniały urlop. Z chęcią pojechalibyśmy tam jeszcze raz gdyby nie to, że jest jeszcze wiele ciekawych i fascynujących miejsc. Za rok opiszemy następną wyprawę. Tym razem planujemy zobaczyć rezydencję Elvisa Presleya "Graceland" w Memphis w stanie Tennessee.

 

Kolejna wyprawa, tym razem do rezydencji Elvisa Presley'a "Graceland".

 

 

Powrót do strony głównej

Do góry