South Dakota, Wyoming, Montana

          14 lipca 2004 roku minęło 20 lat naszego małżeństwa. Z tej okazji wybraliśmy się w kolejną podróż, która tym razem wiodła przez stany Illinois, Wisconsin, Minnesota, South Dakota, Wyoming i Montana.



          Wyjeżdżamy w niedzielny poranek 11 lipca, po raz pierwszy tylko we dwoje - Iwona i ja. Asia zostaje w domu sama ale pod dobrą opieką znajomych. Jest piękny słoneczny dzień, wymarzona pogoda na podróż. Przed nami około 1500 mil (2414 km) w jedną stronę. Iwona opowiedziała mi swój sen: śniło jej się, że zatrzymał nas młody, sympatyczny policjant w kapeluszu (w Illinois obowiązują czapki). Niestety nic więcej nie potrafiła powiedzieć - obudziła się. Nie zrażony tym jadę z początku zgodnie z przepisami 55 mil na godzinę, stopniowo dochodząc do 80 m/h. Irytuje mnie ogromna ilość płatnych bramek; przejazd przez każdą z nich kosztuje 40 centów. Przyznam się, że nie pamiętałem o tym i tylko Iwonie zawdzięczamy wystarczającą ilość drobnych.
          Mijają godziny, mile układają się w setki...

   

Motor spotkany po drodze.


          Illinois  - nic ciekawego, Wisconsin - kraina pięknych jezior, Minnesota - tereny rolnicze. Dopiero Dakota Południowa wywołuje nasz zachwyt. Niestety robi się ciemno, zmęczenie też daje o sobie znać, za nami ponad tysiąc przebytych mil. Zatrzymujemy się na nocleg w miejscowości Kadoka, tuż koło Bad Lands
.

 

Bad Lands
          Nowy dzień, tak jak i wszystkie następne, zaczynamy od kawy i w drogę, zobaczyć Złe Ziemie
.




          Bad Lands zwiedzamy dosyć dokładnie. Kilkakrotnie przemierzamy je wszerz i wzdłuż by wreszcie, po nacieszeniu oczu niezwykłym widokiem, wyruszyć do Pine Ridge - rezerwatu Indian Sioux (plemiona Dakota, Lakota, Nakota), którzy byli i w dalszym ciągu są jedną z najważniejszych grup Indian amerykańskich.

 

Pine Ridge Indian Reservation

Pine Ridge Indian Reservation, the Oglala Lakota Nation.

          Głównym celem naszej wizyty jest Wounded Knee, malutka osada położona nad strumieniem o tej samej nazwie.

 
Wounded Knee - muzeum.
 

          W Muzeum Wounded Knee (na zdjęciu) pracuje stary Indianin z plemienia Lakota. Jest szczerze zaskoczony i zainteresowany przybyszami z Polski. Wypytuje nas skąd i po co przyjechaliśmy, w jaki sposób dowiedzieliśmy się o masakrze? Po zwiedzeniu niewielkiego muzeum ruszamy dalej, do Wounded Knee, miejsca ostatniej masakry Indian.

Wounded Knee

   

          Wounded Knee (Zranione Kolano) to miejsce rzezi jakiej dokonał 29 grudnia 1890 roku odbudowany po bitwie pod Little Bighorn 7 Pułk Kawalerii. Grupę około 350 Indian, w tym zaledwie 120 wojowników (reszta to dzieci, kobiety i starcy) otoczono, rozbrojono a następnie wymordowano. Zginął również wódz Big Foot. Jego córka zobaczywszy ojca leżącego na ziemi usiłowała go podnieść. Została również zabita. Mróz był tak wielki, że ciała zamarzały niemal natychmiast. Wódz Wielka Stopa zamarzł w pozycji w jakiej usiłowała podnieść go córka.

   

Big Foot

          Ze względu na śnieżną zamieć i niską temperaturę na miejsce masakry powrócono dopiero po pięciu dniach. Kojoty zdążyły rozszarpać i rozwłóczyć lżejsze ciała dzieci i kobiet. Odnalezione zwłoki 146 osób załadowano na wóz i pochowano w pobliżu w masowym grobie.

          Dziś w tym miejscu jest niewielki zaniedbany cmentarzyk z pomnikiem upamiętniającym ostatnią rzeź Indian, 29 grudnia 1890 roku. Pośród grobów z Indiańskimi nazwiskami znajduje się jeden szczególny. Otóż nie wszyscy wówczas zginęli. Ocalała roczna dziewczynka adoptowana następnie przez jednego z oficerów i wywieziona do stanu Connecticut. Niestety w wieku 29 lat ciężko zachorowała i zmarła. Przybrany ojciec przywiózł jej ciało z powrotem do Wounded Knee i pochował na tym cmentarzyku.

   

          Amerykanie nigdy nie przeprosili Indian za tę i wiele innych zbrodni. Przeciwnie: 23 "dzielnym" żołnierzom 7 Pułku Kawalerii przyznano medale honorowane do dnia dzisiejszego, a każdemu z "walecznych" za jednego zabitego Indianina zapłacono 20 dolarów w srebrze. Dwadzieścia srebrników, skąd my to znamy?

          Zobacz też relację świadka Charlesa Alexandra Eastmana, Ohiyesy.

          Cóż można jeszcze dodać? Warunki w jakich współcześnie żyją i mieszkają w rezerwacie Indianie są fatalne. Nieurodzajna ziemia, brak bieżącej wody, miejsc pracy, szkół, szpitali, a nawet sklepów pogłębia i tak wielka przepaść pomiędzy Indianami a ich "białymi braćmi".

 

Beautiful Rushmore Cave

          Kończymy wizytę w Pine Ridge, rezerwacie Indian z plemienia Sioux i jedziemy dalej, niezwykle krętą i niebezpieczną drogą, poprzez Black Hills. Następny etap wyprawy to Beautiful Rushmore Cave. Jest to jaskinia odkryta w 1876 roku, pełna niezwykłych form krasowych i różnokształtnych stalaktytów i stalagmitów. Wszystko wygląda bajecznie ale... i tak nie ma nic piękniejszego niż nasza, polska Jaskinia Raj lub Jaskinia Niedźwiedzia.

 

Mount Rushmore

          Ściemnia się gdy opuszczamy Beautiful Rushmore Cave. Do następnego celu dzisiejszego dnia, Mount Rushmore Monument, mamy około 20 mil. I znowu krętą niebezpieczną drogą przez Black Hills. Po prawej stronie niemal pionowa ściana skał a po lewej - stroma przepaść od której oddziela nas wątła barierka. Na drodze mnóstwo rozjechanych zwierząt: pieski preriowe, czasem sarny. Jest już ciemno gdy docieramy do malutkiego miasteczka  Keystone, ale mimo to decydujemy się jechać dalej. Od Mount Rushmore dzielą nas tylko 4 mile. Wjeżdżamy na ogromny pięciopiętrowy parking. Wprawdzie film wyświetlany na ogromnych rozmiarach ekranie, opowiadający o czterech  prezydentach USA których głowy zostały wykute w skałach, już rozpoczął się, ale nie zważamy na to. Grają hymn USA, wszyscy wstają, kładą prawą dłoń na sercu. Rozlega się donośny śpiew tysięcy zgromadzonych ludzi. Nagle stopniowo zapalają się reflektory oświetlając to imponujących rozmiarów dzieło. Widok jest niesamowity, niedoopisania. George Washington, Thomas Jefferson, Theodore Roosevelt i Abraham Lincoln - czterech najwybitniejszych prezydentów USA. Wykonujemy kilkanaście zdjęć ale niestety z tej odległości i w tych warunkach żadne nie wyszło. Mniej więcej po godzinie decydujemy się wrócić do Keystone i poszukać wygodnego motelu.
          Rano, tuż po przebudzeniu jak zwykle kawa i ... wracamy podziwiać Mount Rushmore Monument.

 

Abraham Lincoln chętnie pozował z nami do zdjęć:

 

Crazy Horse

           Jedziemy 17 mil dalej zobaczyć następny cud stworzony przez człowieka.
Jednym z twórców Mount Rushmore był, urodzony w 1908 roku w Bostonie ale z dumą podkreślający swe polskie pochodzenie, Korczak Ziółkowski (1908 - 1982). Do niego właśnie w 1939 roku wódz Indian Lakota (Sioux), Standing Bear, napisał list z propozycją wykucia w skale pomnika upamiętniającego Indian. Uzgodniono, że będzie to postać "Szalonego Konia"  (Ta-Sunko-Witko), legendarnego wodza Oglala (Sioux), pogromcy generała Custera pod Little Bighorn i 7 Pułku Kawalerii (późniejszego sprawcy ostatniej rzezi Indian w Wounded Knee w 1890 roku). Proszę zwrócić uwagę na daty:
- Crazy Horse został zamordowany
6 września 1877
- Korczak Ziółkowski urodził się
6 września 1908

- Korczak urodził się 31 lat po śmierci Szalonego Konia.
- Korczak miał
31 lat gdy Standing Bear zwrócił się do niego z prośbą o wykucie w skale monumentu.

I jeszcze jedna ciekawostka:
"Indiański wódz Szalony Koń jako młody wojownik podczas wizji ujrzał swą przyszłość - przyszłość wielkiego wodza i niezwyciężonego wojownika, którego największą porażką będą indiańscy zdrajcy, niedawni kompani w walce, ci którzy wyprą się własnej krwi. Po kilku latach opowiadając swą wizję ojcu, wspomniał o dodatkowym szczególe - za uchem zwisał mu talizman - mały brązowy kamyk. Ojciec natychmiast sporządził takowy wisiorek. Szalony Koń zawsze nosił przy uchu kamyk, a gdy biali ludzie pytali o jego znaczenie, odpowiadał:
- Kiedyś powrócę w tym kamieniu".

          Korczak rozpoczął żmudną, samotną pracę w 1948 roku mając 40 lat. Pracował przez 34 lata. Jego dzieło kontynuuje żona, Ruth Ziółkowski, i dzieci. Mają pięć córek i pięciu synów. Siedmioro z nich pracuje do dnia dzisiejszego. W sumie postać wielkiego wodza powstaje już ponad 50 lat. My mogliśmy dostrzec gotową jedynie głowę i zarys ramienia. Plan jest jednak ambitny – cała sylwetka wraz z koniem ma mieć 170 metrów wysokości! Sprawa rozbija się oczywiście o pieniądze. Korczak dwukrotnie odmówił wysokich rządowych dotacji(!), licząc na datki. Nie przeliczył się. Ludzie tłumnie odwiedzają największą rzeźbę świata. I chociaż rodzina Ziółkowskich żyje z pieniędzy wpływających na konto fundacji, to, co wielokrotnie podkreślał przewodnik, mieszkają bardzo skromnie u podnóża góry. Z chęcią przyłączyłbym się do nich, roboty mają jeszcze co najmniej na 30 lat i nie grozi im bezrobocie.

 

Poniższe zdjęcia zostały wykonane w "Muzeum Korczaka Ziółkowskiego"

 

Kamera z widokiem na Crazy Horse

Crazy Horse Webcam

 

Yellowstone Park

          Czeka nas długa droga, około 300 mil przez niemal cały stan Wyoming. I znowu wszystko powtarza się jak w kalejdoskopie: kręta niebezpieczna droga z przepaściami z prawej strony oraz mnóstwo przejechanych zwierząt. Po pewnym czasie krajobraz zmienia się. Mijamy piękne rudoczerwone góry poprzecinane strumieniami o krystalicznie czystej wodzie otoczone świeżą zielenią traw. Gdzieniegdzie pasą się, spokojnie obserwując nasz samochód, sarny: po dwie, trzy i więcej. Sielski widok. Czas mija szybko, zbliża się wieczór. Na noc zatrzymujemy się w miejscowości Cody, 50 mil przed Yellowstone.
          Rano kawa i w drogę. Jestem "bojowo" nastawiony, spodziewam się zobaczyć gejzery, bizony, niedźwiedzie (może grizzli?) i wiele innych zwierząt. O godzinie 10:00 jesteśmy już w Yellowstone National Park. Cudowna przyroda, piękny dziewiczy las, mnóstwo zieleni - niespotykany widok. Jakże wspaniale musiał wyglądać ten kraj ... zanim przyjechali tu 500 lat temu tacy jak my.


 

Gejzery w Yellowstone Park

          Drogę powrotną do domu, około 1500 mil (2414 km) pokonaliśmy za jednym razem, bez zbędnych postojów. Z jednym wyjątkiem. W nocy, jeszcze w Wyoming, gdy pędziliśmy niemal pustą autostradą nagle rozbłysły wielokolorowe światła i zatrzymał nas policyjny wóz, z którego wysiadł ... młody, sympatyczny policjant w kapeluszu. Dokładnie taki jak w Iwony śnie! Na szczęście skończyło się na ustnym pouczeniu i obietnicy powolnej i ostrożnej jazdy. Jeszcze tylko życzenia szczęśliwej drogi i jedziemy dalej. Oczywiście znacznie wolniej ;-)

Podsumowanie

          Na urlop po Ameryce wyjeżdżamy w każde wakacje od kilku lat. To była najdłuższa z dotychczasowych podróży. Przejechaliśmy dokładnie 3193 mile (5139 km) i przeżyliśmy niezapomnianą przygodę. Nie żałujemy niczego. Iwona i ja zgodnie przyznajemy, że najbardziej chcieliśmy zobaczyć Mount Rushmore Monument, czyli głowy prezydentów (widoczne także na płycie Deep Purple "In rock") oraz Yellowstone Park. O Crazy Horse Monument, którego widok przerósł nasze najśmielsze oczekiwania, nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Rzeczywistość sprawiła nam miłą niespodziankę. Sensacją okazał się Crazy Horse i indiański rezerwat Pine Ridge. Największe rozczarowanie przeżyliśmy w Yellowstone Park. Zamiast spodziewanego spotkania z bizonami, niedźwiedziami grizzli, łosiami i kojotami widzieliśmy w oddali jednego leniwego bizona odgrodzonego od nas tak wątpliwej jakości płotkiem, że woleliśmy nie ryzykować bliższego kontaktu. Nagraliśmy go na kamerę video i na tym koniec.
          Yellowstone Park obejmuje obszar mniej więcej dwóch polskich województw. Nie sposób objechać i zobaczyć wszystko w kilka godzin. Poza tym zwierzęta to nie ludzie: nie stoją grzecznie w wyznaczonych miejscach w oczekiwaniu na błysk fleszów aparatów fotograficznych. W żerowisku perkozów nie było ani jednego ptaka, ostoja bizonów świeciła pustką. Tylko termiczne gejzery nie sprawiły niespodzianki i tkwiły w swoim miejscu.  Wyraźnie widoczne były ślady ogromnego pożaru sprzed kilku lat: nadpalone, poprzewracane drzewa. Następnym razem na obejrzenie Yellowstone Park przeznaczymy kilka dni.

 

Powrót do strony o podróżach   Powrót do strony głównej

Do góry